32-letni Bartłomiej Miecznikowski stracił życie za murami więzienia. Jego ciało wydano, ale rzeczy zatrzymano. Matce, która żądała odpowiedzi – odebrano szacunek. A dziennikarzom, którzy zadawali pytania – posłano policję. Zakład Karny w Czarnem to miejsce, w którym obywatelska kontrola zderzyła się z murem instytucjonalnej pogardy. Miejsce, gdzie funkcjonariusz Służby Więziennej, Michał B., od pierwszego dnia służby – w asyście starszych stażem kolegów – dopuszczał się brutalnych aktów przemocy wobec osadzonych. Jak ustalili dziennikarze śledczy, nie tylko nie został powstrzymany, ale był „ochraniany przez lekarza i dyrekcję”, a jednocześnie planował krwawe napaści na sygnalistów, którzy ujawniali jego bestialskie wyczyny. 70 pytań skierowanych przez dziennikarzy redakcji Polska Mafia Sądowa i Barwy Bezprawia do dyrektora Jacka Chmiela spotkało się z urzędniczą ciszą, wykrętami i zasłanianiem się przepisami. Kiedy pod murami więzienia pojawiły się znicze i transparenty, rozpoczęła się policyjna nagonka. Ścigano nie oprawców, lecz tych, którzy dokumentowali prawdę – właśnie dziennikarzy tych redakcji. Czyje życie będzie następne? Ile jeszcze musi się wydarzyć, zanim ktokolwiek poniesie odpowiedzialność?
To nie była jednostkowa tragedia. To nie był wybryk jednego strażnika. To był system – świadomy, brutalny i wspierany przez milczenie. Michał B. nie działał w próżni. Bił, zastraszał, planował – pod okiem lekarza, przy pełnej wiedzy dyrekcji. Bartłomiej Miecznikowski stracił życie w systemie, który zna tylko jedną odpowiedź: brak odpowiedzi. Kiedy prawo nie chroni obywateli, a instytucje bronią oprawców – nie jesteśmy już państwem prawa. Jesteśmy państwem strachu. I właśnie dlatego nie wolno nam milczeć.
Żałobna pikieta pod Zakładem Karnym w Czarnem, a po niej – policyjna obława na dziennikarzy dokumentujących jej przebieg. Dowodził nią nadinspektor Przemysław Bujak.
„Druga pikieta pod Zakładem Karnym w Czarnem. Żądamy prawdy o śmierci Bartłomieja Miecznikowskiego”
Dodaj komentarz