Upadek telewizyjnej legendy? Leszek Bubel, Doris Sas i inni ujawniają kulisy „Sprawy dla reportera” Elżbiety Jaworowicz i ekspertów, którzy mieli pomagać, a zostawiali uczestników samych

Program Sprawa dla reportera” przez lata urósł w Polsce do rangi instytucji. W powszechnym odbiorze miał być miejscem, do którego trafiają ludzie zdesperowani, osamotnieni, pozbawieni pomocy ze strony urzędów, sądów, prokuratur czy polityków. Miał być ostatnią deską ratunku dla tych, których państwo zawiodło. Taki właśnie wizerunek przez dekady budowała Elżbieta Jaworowicz – dziennikarka przedstawiana jako bezkompromisowa, odważna, pochylająca się nad ludzką krzywdą i walcząca o sprawiedliwość tam, gdzie zawodzą oficjalne instytucje. Jednak z materiałów, relacji i ocen przekazanych między innymi przez Leszka Bubla oraz Doris Sas wyłania się obraz skrajnie odmienny od tego, który przez lata utrwalała telewizja publiczna. Leszek Bubel, jako dziennikarz, od lat szeroko i publicznie opisuje w swoich materiałach publicystycznych – licznych filmach oraz artykułach prasowych – nie tylko sam mechanizm działania programu, ale również naturę Elżbiety Jaworowicz, jej zawodową biografię, sposób traktowania ludzi, a także środowisko osób i ekspertów, jakimi otacza się podczas emisji swoich programów, oraz jej oblicze ujawniające się po ich zakończeniu, poza telewizyjną scenografią i starannie wykreowanym wizerunkiem. Z kolei relacja Doris Sas, jako uczestniczki programu, dopełnia ten obraz od strony osobistego doświadczenia osoby, która – jak opisuje – zamiast realnej pomocy doznała rozczarowania, upokorzenia i szkody.

Tu będzie film dokumentujący doświadczenia Doris Sas związane z przygotowaniem programu z jej udziałem.

Z tej perspektywy nie jest to już program niosący realną pomoc, lecz medialna inscenizacja, w której cudzy dramat staje się tworzywem emocjonalnego widowiska, a prawda bywa podporządkowywana narracji, montażowi i potrzebie wywołania u widza możliwie najsilniejszego efektu. Z wszechstronnych relacji Leszka Bubla, utrwalonych w jego reportażach publikowanych w przestrzeni internetowej, program „Sprawa dla reportera” jawi się nie jako forum rzetelnego wyjaśniania spraw, lecz jako projekt podporządkowany wytworzeniu określonego obrazu, mającego przede wszystkim skutecznie oddziaływać na ekranowego odbiorcę. Bubel, odwołując się zarówno do własnych obserwacji, jak i osobistych doświadczeń, podważa sam fundament programu, a więc jego deklarowaną bezstronność i misyjność. W jego ocenie telewizyjny widz nie otrzymuje pełnego i uczciwie przedstawionego materiału, lecz jedynie starannie wyselekcjonowany fragment rzeczywistości, zmontowany w taki sposób, aby potwierdzał wcześniej przyjętą tezę. Oznacza to, że człowiek występujący w programie nie staje się uczestnikiem rzeczywistej próby wyjaśnienia problemu, lecz elementem z góry rozpisanego scenariusza, w którym role zostały uprzednio przypisane: jedni mają wzbudzać współczucie, inni oburzenie, a jeszcze inni stanowić tło dla mocnej, emocjonalnej puenty. W takim ujęciu program nie docieka prawdy, lecz wytwarza jej telewizyjny substytut. Z tego właśnie punktu widzenia Bubla krytykuje także sposób funkcjonowania ekspertów pojawiających się w programie. W jego ocenie osoby występujące jako autorytety nie zawsze dysponują pełnym obrazem sprawy, ponieważ otrzymują jedynie wybrane fragmenty materiału. W konsekwencji ich opinie, choć przedstawiane jako obiektywne i profesjonalne, mogą być oparte na niepełnym stanie faktycznym. To zaś sprawia, że cały mechanizm programu zaczyna przypominać nie rzetelną interwencję, lecz medialny teatr, w którym pozór dochodzenia do prawdy przesłania rzeczywisty brak pełnego i uczciwego przedstawienia konfliktu. Bubel sugeruje, że za fasadą współczucia i społecznego zaangażowania kryje się logika widowiska: trzeba zbudować napięcie, wskazać emocjonalny punkt ciężkości, stworzyć postacie, które będą dobrze działały na ekranie, a następnie tak ułożyć materiał, by widz wyszedł z programu z gotowym osądem. W relacji Doris Sas ta krytyka zyskuje jeszcze ostrzejszy i bardziej osobisty wymiar, ponieważ nie jest już jedynie obserwacją mechanizmu, ale świadectwem człowieka, który szukał pomocy i – jak opisuje – zamiast wsparcia otrzymał publiczne wykorzystanie własnego dramatu. Doris Sas wskazuje, że zanim trafiła do programu, próbowała uzyskać pomoc w różnych miejscach w Polsce. Pisała do posłów, fundacji, telewizji, szukała jakiejkolwiek instytucji lub osoby, która zechciałaby wysłuchać jej sytuacji i potraktować ją poważnie. W tym kontekście kontakt ze strony ekipy „Sprawy dla reportera” mógł wydawać się szansą. Miała nadzieję, że program, który od lat przedstawia się jako obrońca zwykłych ludzi, rzeczywiście pochyli się nad jej problemem. Pojechała do Warszawy z dokumentami, poddała się procedurze przygotowywania materiału, a następnie – jak relacjonuje – umożliwiła ekipie wejście w swoją prywatną przestrzeń. Doszło do nagrań w jej kawalerce, a także do prób rejestrowania materiału u jej matki. Już na tym etapie, w jej relacji, pojawia się wyraźne poczucie naruszenia granic i rosnącego dyskomfortu. Najmocniej w opisie Doris Sas wybrzmiewają wspomnienia ze studia i z atmosfery, jaka – według niej – panowała podczas realizacji programu. Z jej perspektywy nie była to przestrzeń spokojnego wysłuchania osoby znajdującej się w trudnym położeniu, lecz miejsce nacechowane presją, napięciem i brakiem elementarnego szacunku. Opisuje podniesione głosy, wywyższanie się, sytuacje odbierane przez nią jako upokarzające oraz formy nacisku sprowadzające się do komunikatów w rodzaju: „jak się nie podoba, to wyjedziemy”. Zamiast wsparcia miało pojawić się poczucie uprzedmiotowienia, zamiast empatii – twarda logika produkcji telewizyjnej. Według jej relacji osoby, które przy niej występowały jako świadkowie lub wsparcie, również odczuwały dyskomfort, a jedna z nich miała zrezygnować z udziału po wcześniejszym kontakcie z ekipą. Szczególnie jaskrawym przykładem tego, jak w programie potrafi dominować efektowna napaść słowna nad odpowiedzialnym podejściem do ludzkiego dramatu, jest – w relacji Doris Sas – występ mec. Piotra Kaszewiaka. Z jej opisu i z odbioru samej emisji wyłania się obraz prawnika, który nie tylko miał nie znać w sposób dostateczny akt sprawy, ale podczas publicznej konfrontacji dopuszczał się również rażących pomyłek dotyczących podstawowych faktów, w tym wieku i płci dzieci. Mimo to wypowiadał pod jej adresem daleko idące, ostre oceny, przypisując jej publicznie zachowania o wyjątkowo ciężkim ciężarze gatunkowym. W odbiorze Doris Sas nie była to pomoc ani rzetelna analiza, lecz brutalne uderzenie w jej reputację jako matki i osoby walczącej o prawo do kontaktów z dziećmi. Jeżeli człowiek przychodzi do programu po ratunek, a na wizji zostaje potraktowany jak oskarżony w medialnym trybunale przez osobę, która myli podstawowe fakty i nie zna należycie materiału sprawy, to trudno mówić o eksperckim wsparciu. Trudno też nie odnieść wrażenia, że taki występ bardziej służył widowisku niż prawdzie. Właśnie dlatego ta część programu staje się jednym z najmocniejszych argumentów krytyków formatu Elżbiety Jaworowicz: pokazuje bowiem, jak łatwo publiczna napaść, ubrana w ton ekspercki, może poniżyć człowieka, naznaczyć go w oczach widzów i jeszcze głębiej zepchnąć w życiową przepaść. Dalszy bieg wydarzeń dodatkowo wzmacnia ten krytyczny obraz. Jak wynika z przekazanych informacji, adwokat Grzegorz Cichewicz nawiązał kontakt z redakcją NCI „Barwy Bezprawia” i udzielił Doris Sas realnej pomocy prawnej. W następstwie tych działań jeden z zarzutów, o którym była mowa w wyroku pierwszej instancji – dotyczący fizycznego znęcania się nad dziećmi – został skutecznie podważony. W tym kontekście kontrast pomiędzy rzeczywistą pomocą prawną a wcześniejszą, ostrą i publiczną oceną formułowaną na wizji staje się szczególnie wyrazisty. Innymi słowy: tam, gdzie telewizyjny ekspert miał ferować miażdżące oceny przy niepełnej znajomości sprawy, później konkretna praca prawna doprowadziła do podważenia jednego z najcięższych oskarżeń. To zestawienie trudno zbyć milczeniem. Ono samo w sobie stanowi oskarżenie wobec formuły programu, w której łatwo padają publiczne słowa niszczące człowieka, a znacznie trudniej o uczciwość, powściągliwość i odpowiedzialność. Doris Sas wskazuje przy tym, że skutki udziału w programie okazały się dla niej poważne i długofalowe. Według jej relacji emisja materiału wpłynęła na sposób, w jaki była postrzegana w różnych sferach życia, w tym w sprawach rodzinnych i społecznych. Wskazuje na trudności w kontaktach z dziećmi, problemy formalne oraz społeczne konsekwencje rozpoznawalności wynikającej z udziału w programie. Z jej perspektywy udział w „Sprawie dla reportera” nie przyniósł rozwiązania problemu, lecz stał się dodatkowym obciążeniem. Szczególnej ostrości nabiera to właśnie w zestawieniu z publiczną krytyką ze strony mec. Piotra Kaszewiaka – bo jeśli ktoś walczy o odzyskanie elementarnych praw rodzicielskich, to publiczne podważenie jego reputacji na oczach tysięcy widzów może mieć konsekwencje znacznie wykraczające poza chwilę emisji. Może stać się formą społecznego napiętnowania, które długo potem pracuje przeciwko człowiekowi. Istotnym elementem jej relacji jest także wątek obietnic składanych na wizji. Doris Sas wskazuje, że politycy, eksperci i osoby publiczne występujące w programie deklarowali pomoc, która – według jej relacji – nie została później zrealizowana. W jej ocenie program tworzył wrażenie realnego wsparcia, które po emisji nie znajdowało kontynuacji w rzeczywistych działaniach. Z tej perspektywy mamy do czynienia z podwójnym zawodem: najpierw uczestnik programu zostaje wystawiony na publiczny osąd, a potem pozostawiony sam sobie z konsekwencjami tego widowiska. Sprawą Doris Sas po emisji programu zainteresowali się również dziennikarze NCI „Barwy Bezprawia”, którzy podjęli próbę zweryfikowania deklaracji składanych w programie. Redakcja wystąpiła do Elżbiety Jaworowicz oraz do wszystkich ekspertów i osób publicznych wskazanych przez Doris Sas, kierując do nich wnioski dziennikarskie z prośbą o odniesienie się do sprawy. Żadna z tych osób nie udzieliła odpowiedzi. W szczególności do Lidii Staroń skierowano wniosek dziennikarski redakcji NCI „Barwy Bezprawia”, przy czym z okoliczności sprawy wynika, że najpewniej otrzymała ona wcześniej od innych osób biorących udział w kształtowaniu programu relację, iż do wszystkich uczestników i osób zaangażowanych w sprawę Doris Sas kierowana jest korespondencja dziennikarska dotycząca weryfikacji publicznie składanych deklaracji, wobec czego, wiedząc zapewne, czego dotyczy pismo adresowane do niej, postanowiła go nie podjąć, a przesyłka wróciła do nadawcy. Jedyną osobą, która rzetelnie wywiązała się ze swojego zobowiązania, był adwokat Grzegorz Cichewicz. Ten wątek wzmacnia obraz rozdźwięku pomiędzy deklaracjami składanymi publicznie a rzeczywistymi działaniami podejmowanymi po zakończeniu programu. To właśnie w tym miejscu relacje Leszka Bubla i Doris Sas spotykają się najmocniej. Oboje, niezależnie od różnicy doświadczeń, wskazują na ten sam mechanizm: telewizja może przekształcać realne problemy w widowisko podporządkowane emocji i dramaturgii. U Bubla jest to krytyczna diagnoza mechanizmu medialnego, u Doris Sas – osobiste świadectwo doświadczenia. W obu przypadkach pojawia się przekonanie, że program nie zawsze realizuje standardy rzetelnego dziennikarstwa interwencyjnego. W materiałach Leszka Bubla obecny jest również bardzo ostry opis jego osobistego konfliktu z Elżbietą Jaworowicz. Z jego relacji wynika, że podejmował wobec niej działania prawne, a następnie przed salą sądową miał zostać potraktowany w sposób, który odbiera jako agresywny i pogardliwy. W jego opowieści nie chodzi wyłącznie o incydent, lecz o symboliczny rozdźwięk między telewizyjnym wizerunkiem osoby pełnej współczucia a zachowaniem, które – według niego – miało ujawniać butę, agresję i poczucie bezkarności. Bubel przedstawia ten epizod jako dowód na to, że wizerunek budowany przed kamerami nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. W jego ocenie Elżbieta Jaworowicz nie jest strażniczką prawdy i godności, lecz osobą korzystającą z siły medialnego autorytetu. Ta krytyka, choć wyraźnie emocjonalna i jednostronna, jest ważnym elementem całego obrazu, ponieważ pokazuje, że dla Bubla problem nie ogranicza się do samej formuły programu, ale dotyczy także osoby, która tę formułę uosabia. Na tle tych relacji pojawia się zasadnicze pytanie o granice dziennikarstwa interwencyjnego. Telewizja nie jest sądem ani organem ścigania, a jej narzędzia – skrót, montaż, selekcja – mogą prowadzić do uproszczeń. W sprawach o dużym ciężarze społecznym i osobistym wymaga to szczególnej odpowiedzialności. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że zamiast pomocy powstanie przekaz, który – choć atrakcyjny medialnie – nie oddaje pełnej prawdy o sprawie. Z perspektywy przedstawionych relacji „Sprawa dla reportera” przestaje być jednoznacznym symbolem pomocy, a staje się również przedmiotem ostrej, uzasadnionej krytyki. Dla jednych pozostaje programem interwencyjnym o dużym znaczeniu społecznym. Dla innych – jak wynika z przytoczonych relacji – może być źródłem poważnych wątpliwości co do sposobu działania i skutków dla uczestników. A jeśli rzeczywiście tak jest, to mit programu niosącego bezinteresowną pomoc zaczyna pękać. I właśnie dlatego materiał oparty na relacjach Leszka Bubla i Doris Sas, uzupełniony o działania dziennikarzy NCI „Barwy Bezprawia”, staje się nie tylko opisem konkretnego przypadku, ale także głosem w szerszej debacie o odpowiedzialności mediów. Czy człowiek zgłaszający się do programu interwencyjnego pozostaje podmiotem swojej sprawy, czy staje się tworzywem dla telewizyjnego formatu? Czy telewizja naprawdę pomaga, czy jedynie produkuje emocjonalne widowisko pod płaszczykiem misji społecznej? Czy autorytet budowany przez lata może usprawiedliwiać brak krytycznej kontroli nad tym, co dzieje się za kamerami? Czy eksperci i politycy, którzy przed kamerą składają deklaracje pomocy, ponoszą później jakąkolwiek odpowiedzialność za własne słowa? Przytoczone relacje stawiają te pytania w sposób ostry i bezkompromisowy. I właśnie dlatego nie da się ich zbyć milczeniem.

Na zakończenie kierujemy apel do wszystkich osób, które kiedykolwiek wzięły udział w programie „Sprawa dla reportera” – zarówno jako jego bohaterowie, świadkowie, osoby wspierające, jak i uczestnicy zapraszani do studia – aby nie milczały i dzieliły się własnymi doświadczeniami. Jeżeli po emisji programu pozostali z poczuciem wykorzystania, publicznego napiętnowania, zniekształcenia ich historii albo pozostawienia bez realnej pomocy mimo składanych na wizji deklaracji, powinni mówić o tym otwarcie. Każda taka relacja ma znaczenie, ponieważ dopiero z wielu pojedynczych świadectw może wyłonić się pełny obraz tego, jak naprawdę działa mechanizm telewizyjnej interwencji.

Redakcja NCI „Barwy Bezprawia” zachęca wszystkich byłych uczestników programu do wyrażania opinii, przesyłania własnych spostrzeżeń oraz informowania o podobnych przypadkach, w których człowiek po udziale w telewizyjnym widowisku został z piętnem publicznej oceny, naruszoną reputacją i bez rzeczywistej pomocy, która była wcześniej zapowiadana. Tylko w ten sposób można rzetelnie odpowiedzieć na pytanie, czy „Sprawa dla reportera” rzeczywiście pomaga ludziom, czy też zbyt często zostawia ich samych z konsekwencjami medialnego osądu. Milczenie sprzyja bezkarności. Świadectwa uczestników mogą tę zasłonę przerwać.

https://vod.tvp.pl/informacje-i-publicystyka,205/sprawa-dla-reportera-odcinki,273713/odcinek-994,S01E994,2112158

https://www.tvp.pl/program-tv/zdarzenia-reportaz-odebrane-dzieci/665e60cad034106b50246c1d?fbclid=IwdGRjcARArNhjbGNrBECsz2V4dG4DYWVtAjExAHNydGMGYXBwX2lkDDM1MDY4NTUzMTcyOAABHlcAAkn560UVUJqeESQPE_8TuspO4vUWebEQSrVisHzIEBvHEXbkp4cKKP8x_aem_6K2aC8xB6zlqt1FX0t7Syg

Film, który obnaża milczącą tragedię. Doris Sas i ból matki odciętej od własnych dzieci

Tu znajduje się kopalnia wiedzy o programie Sprawa dla reportera i jego bohaterach. Kliknij, aby to sprawdzić.

CDN. 

Komentarze

Komentarzy

2 Komentarze

  1. Jeżeli program, który miał być ostatnią deską ratunku dla ludzi skrzywdzonych przez państwo, sam zaczyna ich publicznie oceniać, upraszczać ich historię i wpisywać w telewizyjny scenariusz – to przestaje być pomocą, a zaczyna być problemem. W takim układzie widz nie ogląda prawdy, tylko jej medialną wersję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.