Sprawa Lecha Wałęsy i dokumentów TW „Bolek” od lat jest jednym z najbardziej drażliwych sporów dotyczących najnowszej historii Polski. Problem w tym, że im dłużej trwa, tym mniej przypomina konsekwentne dochodzenie do jednej prawdy, a coraz bardziej państwowy ping-pong z faktami. Najpierw pojawiło się 235 stron ekspertyzy Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna w Krakowie i komunikat IPN, że biegli „kategorycznie i bez wątpliwości” ustalili autorstwo Lecha Wałęsy. Po latach piłka wróciła z drugiej strony stołu: materiał porównawczy zaczęto kwestionować, metodologia badań wzbudziła zastrzeżenia, wcześniejsza pewność przestała być już tak pewna, postępowanie umorzono, a w oficjalnym komunikacie prokuratury pojawiło się jeszcze określenie Wałęsy przez część świadków jako „wtórnego analfabety”. I właśnie w tym miejscu zaczyna się historia, której nie trzeba doprawiać internetowymi memami ani polityczną satyrą. Wystarczy zestawić ze sobą dokumenty i komunikaty instytucji tego samego państwa. W 2016 r. Instytut Ekspertyz Sądowych rozpoczął badanie dokumentacji TW „Bolek”. Badania trwały do stycznia 2017 r., a ich efektem była 235-stronicowa opinia. IPN podał następnie, że biegli kategorycznie przypisali Lechowi Wałęsie m.in. odręczne zobowiązanie do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa z 21 grudnia 1970 r., 17 pokwitowań odbioru pieniędzy na łączną kwotę 11 700 zł oraz 29 odręcznych doniesień podpisanych pseudonimem „Bolek”. IPN informował ponadto o 117 stronach odręcznych doniesień znajdujących się w badanym materiale. Na tym etapie piłka znajdowała się więc zdecydowanie po stronie tezy: dokumenty zostały napisane ręką Wałęsy. Język komunikatów IPN nie sugerował ostrożności. Nie było tam „być może”, „prawdopodobnie” albo „wymaga dalszych badań”. Było „kategorycznie i bez wątpliwości”. I można byłoby uznać, że państwo rozstrzygnęło sprawę, gdyby kilka lat później to samo państwo nie zaczęło odbijać piłki w przeciwnym kierunku. Zanim jednak do tego doszło, warto przypomnieć, o kim właściwie mówimy. Lech Wałęsa to nie anonimowy człowiek odnaleziony po pół wieku w archiwach SB. To były przywódca „Solidarności”, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 1983 r. i prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990–1995. Nobel Prize przypomina, że nagrodę otrzymał za pokojową walkę o wolne związki zawodowe i prawa człowieka. Mówimy więc o człowieku, który znalazł się na absolutnych szczytach polskiej i światowej polityki, uczestniczył w negocjacjach, wygłaszał przemówienia, podpisywał dokumenty najwyższej rangi i przez dziesięciolecia funkcjonował w świecie pism, oświadczeń, korespondencji oraz urzędowych podpisów. I właśnie dlatego tak mocno brzmi późniejsze zestawienie tego życiorysu ze słowami przytoczonymi przez prokuraturę. W marcu 2017 r., za rządów Prawa i Sprawiedliwości, na podstawie zarządzenia ówczesnego Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry prowadzono postępowanie dotyczące podejrzenia składania przez Wałęsę fałszywych zeznań. W maju 2023 r. sprawę przekazano Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, a 29 listopada 2023 r. skierowano do sądu akt oskarżenia. Prokuratura podała później, że ówczesny Prokurator Okręgowy Mariusz Dubowski zrobił to bez przeprowadzenia w tej jednostce żadnej dodatkowej czynności dowodowej lub procesowej. Kilkanaście dni później zmienił się rząd. W maju 2024 r. prokuratura wystąpiła o zwrot sprawy celem uzupełnienia materiału dowodowego, a w czerwcu sąd taki zwrot zarządził, wskazując na istotne braki postępowania przygotowawczego. Prokuratura pisała wówczas o konieczności ponownego zgromadzenia materiału porównawczego oraz możliwości powołania kolejnego biegłego lub zespołu biegłych. To bardzo ważny moment tego ping-ponga. Jeszcze kilka lat wcześniej obywatel słyszał o ustaleniach „kategorycznych i bez wątpliwości”. Teraz dowiadywał się, że istnieją istotne braki wymagające naprawienia. A 24 września 2026 r. piłka uderzyła zdecydowanie po drugiej stronie stołu. Prokuratura Okręgowa w Warszawie umorzyła postępowanie przeciwko Wałęsie. Wówczas wcześniejsza państwowa pewność została skonfrontowana z całą listą problemów. Prokuratura wskazała, że wcześniejsza opinia nie daje tak kategorycznej podstawy do przypisania autorstwa samemu Wałęsie, jak mogło wynikać z wcześniejszego publicznego przekazu. Biegli porównywali dokumenty z materiałem przedstawionym im jako pochodzący od Wałęsy, ale nie mogli samodzielnie zagwarantować autentyczności wszystkich tych próbek. Zwrócono uwagę na brak odpowiednich prób pisma sporządzonych w kontrolowanych warunkach, problemy chronologiczne oraz fakt, że długie, często wielostronicowe rękopisy porównywano głównie z podpisami i krótkimi zapisami. I wtedy w oficjalnym przekazie pojawia się element, który sprawia, że cały państwowy ping-pong zaczyna wyglądać jak gotowy scenariusz politycznej satyry. Prokuratura podała, że niektórzy świadkowie określali Wałęsę w tamtym okresie jako „wtórnego analfabetę”, który nie posługiwał się pismem i słabo czytał, a teksty podpisywane przez niego już jako przewodniczącego „Solidarności” miały być przygotowywane przez inne osoby. Trzeba powiedzieć to precyzyjnie: prokuratura nie orzekła, że Wałęsa był „wtórnym analfabetą”. Nie zrobił tego również żaden sąd. To określenie pochodziło z relacjonowanych przez prokuraturę zeznań świadków. Ale właśnie przez tę różnicę paradoks staje się jeszcze ciekawszy. Po jednej stronie państwowego stołu mamy bowiem 235 stron opinii, na podstawie której IPN informował, że Wałęsa własnoręcznie pisał dziesiątki dokumentów TW „Bolek”. Po drugiej stronie mamy późniejszą prokuraturę, która podważa wystarczalność fundamentów wcześniejszej pewności i przywołuje świadków opisujących Wałęsę jako człowieka mającego w tamtym czasie zasadnicze problemy z pisaniem. Piłeczka: „kategorycznie i bez wątpliwości”. Odbicie: materiał nie daje wymaganej pewności. Piłeczka: dziesiątki rękopisów „Bolka”. Odbicie: „wtórny analfabeta”. Piłeczka: ekspertyza. Odbicie: problemy metodologiczne. Piłeczka: akt oskarżenia. Odbicie: zwrot sprawy. Piłeczka: zarzut. Odbicie: umorzenie. A obywatel siedzi obok stołu i próbuje ustalić, która z tych państwowych piłek jest właściwie faktem ostatecznym. Jest przy tym jeszcze jeden szczególnie drażliwy element. Dokumenty przypisywane TW „Bolek” nie były abstrakcyjnymi ćwiczeniami z kaligrafii. Według materiałów publikowanych przez IPN zawierały informacje o stoczniowcach, nastrojach wśród robotników, planowanych działaniach oraz konkretnych osobach ze środowiska pracowniczego. W jednym z opisywanych przez IPN doniesień TW „Bolek” przekazywał informacje pozwalające SB zidentyfikować pracownika stoczni, w innym relacjonował nastroje i plany części załogi. Dlatego spór o autorstwo tych dokumentów nie jest wyłącznie akademicką kłótnią o charakter pisma. Jeżeli ich autorstwo przypisywane Wałęsie przez wcześniejszą ekspertyzę byłoby prawidłowe, mówilibyśmy o donosach dotyczących ludzi z jego własnego środowiska zawodowego. Jeżeli natomiast rację ma późniejsza prokuratura, która uznała, że autorstwa nie można wykazać z wymaganą pewnością, to właśnie państwo przez lata przedstawiało opinii publicznej ustalenia mocniejsze, niż pozwalał na to ostatecznie zaakceptowany materiał dowodowy. Ironia robi się jeszcze większa, kiedy zestawić określenie „wtórny analfabeta” z późniejszą biografią Wałęsy. Ten sam człowiek zostaje liderem największego ruchu społecznego w powojennej Polsce, laureatem Pokojowej Nagrody Nobla i prezydentem państwa. Jego nazwisko staje się nie tylko częścią historii, ale również elementem polskiej przestrzeni publicznej. Najbardziej widocznym przykładem jest Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy. Oficjalna strona portu potwierdza, że lotnisko nosi jego imię od maja 2004 r. Co szczególnie znamienne, przy okazji nadania patrona ówczesne władze lotniska tłumaczyły, że chodziło o stworzenie łatwej do zapamiętania nazwy kojarzącej się z Polską i regionem. I właśnie tutaj pojawia się pytanie dotyczące czegoś większego niż jedno postępowanie karne: jak po tym całym państwowym ping-pongu ma funkcjonować symbolika nazwiska Wałęsy w przestrzeni publicznej? Port lotniczy ma być wizytówką regionu i jednym z pierwszych polskich symboli, jakie widzi zagraniczny podróżny. Jeżeli patron ma kojarzyć się z Polską, to z którym obrazem ma się dziś kojarzyć? Z noblistą i prezydentem? Z człowiekiem, któremu wcześniejsza państwowa ekspertyza przypisała dziesiątki dokumentów TW „Bolek”, w tym doniesienia dotyczące środowiska stoczniowego? Czy z człowiekiem, którego część świadków przedstawionych później przez prokuraturę określała jako „wtórnego analfabetę”? Nie chodzi o automatyczny postulat usuwania nazwiska z lotniska czy innych miejsc. Chodzi o znacznie bardziej niewygodne pytanie o pamięć publiczną. Patronat jest przecież komunikatem: mówi, kogo państwo lub społeczność chce stawiać jako symbol. A jeśli samo państwo przez lata przedstawia obywatelom skrajnie odmienne obrazy tej samej osoby, to prędzej czy później musi się liczyć z tym, że ludzie zaczną pytać również o sens symbolicznych honorów. Czy nazwa Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy ma w przyszłości przywoływać skojarzenie z noblistą i prezydentem, czy również z groteskowym państwowym sporem, w którym obok siebie funkcjonują 235 stron ekspertyzy o TW „Bolek” i oficjalnie przytoczone zeznania o „wtórnym analfabecie”? Takiego problemu nie rozwiązuje się zmianą tabliczki. Najpierw trzeba mieć państwo zdolne wiarygodnie wyjaśnić własną historię. W przeciwnym razie nazwisko, które miało reklamować Polskę, zaczyna reklamować przede wszystkim jej nierozstrzygnięte spory. I teraz można zadać pytanie sarkastyczne, ale wynikające wprost z tego niezwykłego zderzenia państwowych narracji: co z punktu widzenia narodowej legendy wygląda lepiej – były prezydent jako TW „Bolek”, któremu wcześniejsza ekspertyza przypisywała doniesienia i pokwitowania pieniędzy, czy były prezydent, noblista i patron międzynarodowego lotniska jako człowiek opisywany przez część świadków mianem „wtórnego analfabety”? To nie jest oczywiście realna alternatywa dowodowa. Jedno nie wynika automatycznie z drugiego. Pokazuje jednak groteskę, do której prowadzi zestawienie komunikatów własnych instytucji państwa. Państwo nie powinno poszukiwać odpowiedzi wygodniejszej dla PiS, Platformy Obywatelskiej, Lecha Wałęsy, jego przeciwników ani jego zwolenników. Powinno ustalić odpowiedź możliwie najbliższą prawdzie i potrafić ją obronić niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Tymczasem politycznej chronologii również nie da się wymazać. Postępowanie związane z podejrzeniem składania fałszywych zeznań rozpoczęło się w 2017 r. na mocy zarządzenia Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry. Akt oskarżenia skierowano 29 listopada 2023 r., jeszcze przed zmianą rządu. Po zmianie władzy prokuratura zawnioskowała o zwrot sprawy, sąd zwrócił ją do uzupełnienia, a we wrześniu 2026 r. postępowanie zostało umorzone. Z tej chronologii nie wynika sama przez się teza, że decyzje zapadały na polityczne zamówienie. Nie ma podstaw, aby przedstawiać taki motyw jako ustalony fakt. Chronologia daje natomiast pełne prawo do stawiania pytania o stabilność państwowych ocen oraz o to, jak to możliwe, że materiał przedstawiany wcześniej społeczeństwu w kategoriach kategorycznej pewności po latach podlega tak fundamentalnemu zakwestionowaniu. I właśnie dlatego określenie „państwowy ping-pong z faktami” nie jest tutaj ozdobnikiem. Jest opisem tego, co widzi obywatel. IPN odbija piłkę: Wałęsa napisał dokumenty. Prokuratura prowadzi sprawę dalej. Powstaje akt oskarżenia. Potem kolejna analiza prokuratury odbija piłkę z powrotem: materiał wymaga ponownej weryfikacji. Sąd zwraca sprawę. Prokuratura analizuje ją ponownie. W końcu postępowanie umarza, stwierdzając brak pewnych podstaw do uznania Wałęsy za autora dokumentów z „teczek Kiszczaka”. A na stole zostają obok siebie dokumenty TW „Bolek”, 235-stronicowa ekspertyza, wcześniejsze „kategoryczne” ustalenia, późniejsze zarzuty metodologiczne, świadectwa o „wtórnym analfabecie”, doniesienia dotyczące środowiska stoczniowego oraz nazwisko Wałęsy umieszczone na jednym z najważniejszych portów lotniczych kraju. Państwo gra dalej, ale obywatelowi coraz trudniej ustalić wynik. I być może właśnie w tym miejscu znajduje się najważniejsza puenta całej historii. Nie trzeba dziś rozstrzygać publicystycznym młotkiem, czy Wałęsa był „Bolkiem”, ani robić z określenia „wtórny analfabeta” diagnozy, której żadna prokuratura ani żaden sąd nie postawiły. Wystarczy spojrzeć na to, co zrobiły same instytucje. Najpierw państwo wystawiło własnym ustaleniom certyfikat niemal absolutnej pewności. Potem na tych ustaleniach zbudowano postępowanie i akt oskarżenia. Następnie państwo samo wróciło do stołu, obejrzało piłeczkę jeszcze raz i zaczęło wyliczać powody, dla których poprzednia pewność wcale nie była tak niewzruszona. I właśnie dlatego największym bohaterem tej historii przestaje być „Bolek”. Przestaje nim być nawet Lech Wałęsa. Zostaje nim polski system państwowy grający sam ze sobą w ping-ponga: 235 stron ekspertyzy kontra „wtórny analfabeta”, doniesienia TW „Bolek” kontra brak pewności ich autorstwa, akt oskarżenia kontra umorzenie, noblista i prezydent kontra patron lotniska obciążony nierozstrzygniętym sporem o własną przeszłość. Problem w tym, że kiedy państwo przez lata odbija fakty od jednej instytucji do drugiej, piłeczka może latać bez końca. Tylko zaufanie obywatela, raz wybite poza stół, może już na niego nie wrócić.






Komentarze