Do redakcji Barw Bezprawia oraz do Grupy Wsparcia trafił wstrząsający list opisujący zjawisko, o którym od lat mówi się zbyt cicho, choć – jak wynika z relacji osób pokrzywdzonych – funkcjonuje niemal na oczach wszystkich. Chodzi o wykorzystywanie osób uzależnionych, bezdomnych i żyjących w skrajnym kryzysie przez część gospodarzy i sadowników z okolic Warki, Magnuszewa, Grójca, Chynowa oraz innych miejscowości sadowniczego zagłębia Mazowsza. Rejon Warki od lat znany jest jako jedno z największych centrów sadowniczych w Polsce. To tam każdego sezonu potrzebne są ręce do pracy przy zbiorach, sortowaniu owoców i innych pracach gospodarskich. Problem polega jednak na tym, że obok uczciwego zatrudnienia funkcjonować ma również drugi, znacznie mroczniejszy mechanizm – żerowanie na ludziach słabych, bezdomnych, uzależnionych, zagubionych i życiowo rozbitych.
Z opisywanych relacji wynika, że mechanizm ten jest prosty, cyniczny i wyjątkowo skuteczny. Gospodarz lub pośrednik przyjeżdża na stację, najczęściej tam, gdzie gromadzą się osoby bezdomne, uzależnione albo całkowicie pozbawione stabilizacji życiowej. Taki człowiek nie pyta o umowę, nie negocjuje stawki, nie stawia warunków. Chce przeżyć kolejny dzień, mieć gdzie spać, coś zjeść, a często również dostać alkohol. I właśnie na tej desperacji budowany jest cały system wyzysku. Człowieka w kryzysie zabiera się na gospodarstwo, daje mu namiastkę schronienia, czasem kilka piw, czasem byle jaki kąt do spania, a w zamian wyciska się z niego maksymalnie dużo pracy za minimalne pieniądze albo wręcz bez żadnego realnego wynagrodzenia.
Osoba uzależniona staje się dla nieuczciwego gospodarza idealnym pracownikiem do wykorzystania. Jest zależna, osłabiona psychicznie, łatwa do zmanipulowania i zastraszenia. Nie ma stabilności, nie ma wsparcia, często nie ma dokumentów, a przede wszystkim nie ma dokąd pójść. Bardzo często godzi się na wszystko, bo alternatywą jest dworzec, melina, ulica albo głód. Właśnie dlatego część sadowników i gospodarzy traktuje osoby uzależnione nie jak ludzi, lecz jak tanią, całkowicie wymienialną siłę roboczą. Dopóki człowiek pracuje, jest potrzebny. Kiedy zachoruje, upomni się o pieniądze albo przestanie być wygodny – zostaje wyrzucony z dnia na dzień.
Według autora listu ten proceder przez lata był przedstawiany wielu osobom jako „pomoc” i „szansa”. W rzeczywistości miał być początkiem kolejnego etapu upokorzenia. Osoby zabierane ze stacji do pracy w sadach otrzymywały po pracy alkohol – dwa, czasem cztery piwa na głowę. Dla kogoś z zewnątrz mogłoby to wyglądać jak drobny gest. W praktyce, jak opisano w liście, był to element kontroli. Alkohol nie był żadną dobrocią. Był narzędziem utrzymywania człowieka w uzależnieniu, po to, aby dalej był posłuszny, otępiały i gotowy pracować za grosze.
Na tym właśnie polega cały ten mechanizm. Człowiekowi nie daje się normalnych warunków, uczciwej stawki i przejrzystych zasad. Daje mu się tyle, żeby nie uciekł od razu. Tyle, żeby wrócił rano do pracy. Tyle, żeby nadal był zależny. Taki pracownik ma być zmęczony, zdesperowany i wdzięczny za byle co. Nie ma mieć poczucia własnej wartości, tylko poczucie, że i tak nigdzie indziej nie ma dla niego miejsca.
Z relacji przekazanej redakcji wynika, że osoby pracujące w takich warunkach wielokrotnie zmieniały gospodarzy i wielokrotnie widziały ten sam schemat. Gdy człowiek zachorował, dostał wysokiej gorączki albo nie był już zdolny do pracy, zamiast pomocy słyszał, że nikt nie będzie go trzymał. Bywał po prostu wyrzucany – chory, bez transportu, bez zabezpieczenia, bez pieniędzy, zmuszony iść kilkadziesiąt kilometrów. W innych przypadkach nie wypłacano wynagrodzenia, ponieważ praca odbywała się bez umowy. I o to właśnie chodzi w tym układzie: brak umowy oznacza brak śladu, brak dowodu i brak odpowiedzialności. Gospodarz bierze człowieka z ulicy, wykorzystuje go, a potem może twierdzić wszystko: że nie pracował, że źle pracował, że był coś winien, że tyle wyszło po potrąceniach. I na tym sprawa ma się kończyć.
Najgorsi są ci, którzy potrafią ubierać wyzysk w pozory normalności. W liście opisano również przypadek sadownika z okolic Chynowa, który miał być osobą publicznie znaną albo związaną z lokalną działalnością samorządową. Według relacji praca u niego trwała po 12 godzin dziennie, z jedną półgodzinną, niepłatną przerwą. Ludzie mieli być poniżani, wyzywani, traktowani bez szacunku i sprowadzani do roli taniej siły roboczej. To nie przypominało normalnego zatrudnienia. To wyglądało jak budowanie własnej wygody i zysku na cudzym upodleniu.
Na posesji miał funkcjonować również sklep dla pracowników. Teoretycznie można było brać jedzenie i inne produkty, ale nikt nie miał jasnej wiedzy, ile naprawdę kosztują. Nie było przejrzystych cen, uczciwego rozliczenia ani realnej kontroli nad potrąceniami. Wszystko odbywało się tak, aby człowiek na końcu i tak wyszedł na minus. Po dwóch tygodniach pracy pracownicy mieli otrzymać po 50 złotych, ponieważ reszta rzekomo została potrącona za zakupy. Tak właśnie wygląda wyzysk w najczystszej postaci: człowiek haruje kilkanaście dni, a na końcu słyszy, że właściwie nic mu się nie należy.
Na stacjach i w miejscach, gdzie ludzie szukali pracy, te historie miały być powszechnie znane. Jedni ostrzegali drugich, mówiono, kto nie płaci, kto oszukuje, kto daje tragiczne warunki, kto potrąca za wszystko, kto wyrzuca ludzi po kilku dniach, żeby nie wypłacić pieniędzy. A mimo to ludzie jechali, bo nie mieli wyboru. Kiedy człowiek jest bezdomny, uzależniony albo kompletnie rozbity życiowo, nie wybiera dobrej oferty. Bierze to, co akurat jest. I właśnie tę desperację niektórzy gospodarze wykorzystują bez skrupułów.
Osobnym problemem są warunki mieszkaniowe, które często urągają ludzkiej godności. Człowiek umawia się na nocleg, a na miejscu okazuje się, że dostaje ruderę z walącym się sufitem, brudem, wilgocią i zimnem. Prysznic bywa w innym budynku, czasem w piwnicy, bez okien, bez ogrzewania i bez podstawowych warunków higienicznych. Jesienią i zimą jest to prosta droga do choroby. Ale dla takich ludzi nikt nie przewiduje współczucia. Mają pracować, nie narzekać i być wdzięczni, że w ogóle dostali miejsce do spania. Tak działa mechanizm odczłowieczania. Najpierw odbiera się człowiekowi godność, potem prawa, a na końcu robi się z niego tanią siłę roboczą, którą można dowolnie przesuwać, oszukiwać i upokarzać.
Najbardziej brutalne jest to, że uzależnienie staje się dla niektórych narzędziem biznesowym. Człowiek pijący jest łatwiejszy do kontrolowania. Wystarczy dać mu alkohol, trochę pieniędzy, byle jakie schronienie, a później można nim sterować. Taka osoba często nie walczy o swoje, bo sama jest w rozsypce. Nie zgłosi sprawy, bo się wstydzi, bo się boi, bo nie wierzy, że ktokolwiek jej pomoże. I dlatego ten proceder może trwać latami. Opiera się nie tylko na biedzie, ale również na milczeniu, bezsilności i społecznej obojętności.
W liście wskazano również, że część gospodarzy doskonale wie o problemach pracowników z alkoholem i narkotykami. Wiedzą, że po pracy będą pić. Wiedzą, że co jakiś czas wyjadą po narkotyki. I właśnie dlatego tacy ludzie są dla nich wygodni. Człowiek uzależniony nie stawia twardych granic. Nie myśli długofalowo. Łatwo go kupić, łatwo zbyć, łatwo uciszyć. To nie jest żadna „pomoc” ani „szansa”. To system oparty na wykorzystaniu ludzi znajdujących się na dnie.
Trzeba to powiedzieć wprost: część gospodarzy i sadowników z rejonów sadowniczych nie tylko zatrudnia ludzi w kryzysie, ale świadomie korzysta z ich słabości. Korzysta z ich uzależnienia, bezdomności, zaburzeń, zagubienia i życiowej bezradności. Tacy ludzie są idealni do wyzysku, bo rzadko się bronią, rzadko dochodzą swoich praw i rzadko są traktowani poważnie przez instytucje. W praktyce oznacza to, że można im płacić mniej, można im nie płacić wcale, można ich poniżać, karmić obietnicami, a na końcu wyrzucić jak niepotrzebny przedmiot.
To nie jest margines problemu. To poważne zjawisko społeczne, które powinno być przedmiotem realnej kontroli państwa i samorządu. Tam, gdzie istnieje wielki biznes sadowniczy i duże zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, tam zawsze pojawia się pokusa, aby zarabiać jeszcze więcej kosztem tych, którzy i tak są już na życiowym dnie. Potrzebne są kontrole warunków pracy, zakwaterowania, legalności zatrudnienia i rozliczeń. Potrzebne jest sprawdzanie, czy nie dochodzi do przymusu ekonomicznego, handlu alkoholem na kredyt, fikcyjnych potrąceń, pracy bez umów, oszustw i zwykłego wykorzystywania ludzkiej bezradności.
W takich miejscach nie wystarczy bierna postawa instytucji. W rejonie Warki powinien działać realny streetworker, finansowany lub koordynowany przez Urząd Miejski w Warce albo właściwe jednostki pomocy społecznej, który regularnie docierałby do osób bezdomnych, uzależnionych i żyjących na ulicy. Taki pracownik terenowy powinien pojawiać się na stacjach, w miejscach koczowania, przy melinach, w punktach, gdzie gromadzą się osoby w kryzysie, i próbować realnie im pomagać: kierować do leczenia, noclegowni, punktów pomocy, terapii, grup wsparcia, lekarza, pomocy prawnej i socjalnej. Nie można zostawiać tych ludzi samych sobie, a potem udawać, że nie wiadomo, dlaczego trafiają do gospodarstw, w których są wykorzystywani.
Miasto i instytucje lokalne powinny wiedzieć, że tam, gdzie na dworcach i stacjach regularnie pojawiają się osoby bezdomne i uzależnione, sama obecność policji czy straży miejskiej nie rozwiązuje problemu. Potrzebna jest praca w terenie, kontakt z człowiekiem, rozmowa, diagnoza sytuacji i próba wyciągnięcia go z obiegu: ulica – alkohol – praca za grosze – wyrzucenie – powrót na stację. Bez takiej pomocy ten mechanizm będzie się powtarzał, a osoby najsłabsze nadal będą łatwym łupem dla tych, którzy potrafią wykorzystać ich chorobę, samotność i desperację.
Równocześnie konieczne są kontrole gospodarstw, w których zatrudnia się osoby bezdomne, uzależnione albo znajdujące się w kryzysie. Państwowa Inspekcja Pracy, pomoc społeczna, sanepid, policja oraz właściwe organy samorządowe powinny sprawdzać, czy ci ludzie mają umowy, czy otrzymują wynagrodzenie, w jakich warunkach mieszkają, czy nie są zadłużani przez fikcyjne potrącenia, czy nie sprzedaje się im alkoholu na kredyt, czy nie są zastraszani, poniżani i zmuszani do pracy ponad siły. Kontrola nie może kończyć się na papierach pokazanych przez gospodarza. Trzeba rozmawiać z pracownikami, sprawdzać miejsce zakwaterowania, rozliczenia, godziny pracy i rzeczywiste warunki, w jakich przebywają osoby sprowadzone z ulicy.
Potrzebna jest również prawdziwa pomoc dla osób w kryzysie bezdomności i uzależnienia, aby nie były skazane na wybór między ulicą a niewolniczą pracą w sadzie. Nie może być tak, że w jednym z największych rejonów sadowniczych w Polsce część gospodarzy buduje swój zysk na ludzkim upadku. Nie może być tak, że osoby bezdomne, uzależnione i zaburzone są traktowane jak materiał roboczy, który można zużyć i wyrzucić. Nie może być tak, że człowiek chory, pijący albo zagubiony staje się łatwym celem dla tych, którzy zamiast pomóc, wolą wykorzystać jego słabość dla własnej wygody i własnych pieniędzy.
Redakcja Barw Bezprawia oraz Grupa Wsparcia publikują ten list jako głos w sprawie problemu, który wymaga wyjaśnienia, kontroli i reakcji właściwych instytucji. Jeżeli opisane praktyki rzeczywiście mają miejsce, nie mówimy o zwykłych nieprawidłowościach sezonowej pracy, lecz o mechanizmie systemowego wykorzystywania ludzi uzależnionych, bezdomnych i życiowo rozbitych przez osoby, które doskonale wiedzą, że ofiara często nie będzie miała siły się bronić. To sprawa nie tylko dla opinii publicznej, ale także dla samorządu, pomocy społecznej, Państwowej Inspekcji Pracy, policji, prokuratury i wszystkich instytucji, które mają obowiązek chronić człowieka wtedy, gdy on sam nie ma już siły chronić siebie.
Bardzo ważny i potrzebny tekst. Problem wykorzystywania osób bezdomnych i uzależnionych nie może być dalej zamiatany pod dywan, bo za tym stoją konkretni ludzie, ich dramaty, choroba, głód, strach i całkowita bezradność wobec tych, którzy potrafią na tym żerować. Takie osoby nie potrzebują kolejnego upokorzenia, alkoholu „za pracę” ani pozornej pomocy, tylko realnego wsparcia, terapii, streetworkera, kontroli warunków pracy i uczciwego traktowania. Właśnie dlatego tak ważna jest każda grupa wsparcia, każdy punkt pomocy i każda inicjatywa, która daje człowiekowi szansę wyrwać się z układu: ulica, alkohol, wyzysk, powrót na dno. Ten temat powinien trafić do urzędów, pomocy społecznej, Państwowej Inspekcji Pracy i wszystkich instytucji, które mają obowiązek chronić najsłabszych, a nie udawać, że problemu nie ma.
Jak by się postarać to w moim przekonaniu można udowodnić istnienie w Polsce obozów koncentracyjnych. Funkcjonują one inaczej niż te powszechnie znane gdzie są zrobione dziś muzea. Są to miejsca bez płotów elektrycznych , rolę wartowników pełnią procedury urzędowe które uniemożliwiają obronę ” jeńcom” przed prześladowaniami urzędowymi.